Ostatnio przypomniałam sobie jak to było w 2006 roku, gdy zaczęłam prowadzić swojego pierwszego bloga z opowiadaniem HP. Moim zdaniem ludzie byli wtedy inni, albo to ja się zmieniłam. Kochałam ich za szczerość, ale jeszcze bardziej za to, że dawali szansę młodym pisarzom. Umieli zachęcić do pisania, tych którzy nie wierzyli w swoje możliwości. Początki zawsze są kruche, więc wspierajcie tych co zaczynają, dodając im sił a nie niszcząc swoimi komentarzami szansę na spełnienie marzeń. Wiem, jak to było kiedyś. Teraz wy to zmieńcie.
1. Ratunku... nie lubię Ginny( i to wam wyjaśni opis jej osoby przeze mnie) i nigdy nie połączyłabym jej z moim Malfoyem:p... Jeśli w ogóle możliwy jest z nim związek:P
2. To co jest dopuszczalne w Hogwarcie, zostawcie wyobraźni:)
3. Przepraszam, że nie skupiam się wyłącznie na Draco, ale potrzebny mi jest na razie tamten wątek:).
4. Raczej gwałcicielem bym go nie nazwała:P
Ps. Wpisujcie się do księgi gości, jeśli chcecie być informowani. Proszę.
Rozdział 1
Półmrok. Ciche szepty, słyszane jak przez mgłę, odbijające się od drewnianych ścian pokoju. Coraz szybsze bicie serca, osoby położonej na starym mahoniowym łożu. Ciche stukanie kwater otwartego okna. Szelest ciemnych bordowych zasłon, wprawianych w zwariowany taniec przez silne uderzenia wiatru. Chłód rozchodzący się po pomieszczeniu z prędkością światła. Dreszcz przechodzący po bladej, lekko zaróżowionej skórze. Potężny huk piorunów, trzaskających na oślep. Powolny ruch powiek i strach w czarnych tęczówkach. Wszystko działo się tak powoli, a jednocześnie mijało zadziwiająco szybko. Błędny wzrok śledził cały pokój, próbując określić miejsce w jakim się znajduje. Ścienne półki uginały się od bogato zdobionych ksiąg, które ustawione były alfabetycznie. Pośród tomów znajdowało się kilka wolnych miejsc, czekających na zapełnienie. Na rzeźbionej, czarnej komodzie stał ceramiczny wazon, zdobiony biało kremowymi wzorami. Bukiet róż w jego wnętrzu, roznosił wspaniałą, uspokajająca woń. Kilka płatków spadło na haftowana serwetkę, pokrytą złotą i srebrną nicią. Niewielkie zwierciadło, mieszczące się w ciemno brunatnej zniszczonej toaletce, ubogacone było w wyszukane i ekstrawaganckie symbole. Na twarzy dziewczyny odbitej w lustrze malowało się zdumienie i pewien rodzaj niedowierzania. Przeczesała ręką długie, ciemne włosy, opadające lekko na ramiona. Przejechała palcem po jasnej twarzy, aż dotarła do warg. Karminowe usta poruszyły się nieznacznie, próbując wydobyć z siebie jakiś dźwięk. Podparła się na dłoniach, ale nie była dość silna aby się na nich utrzymać. Opadła z powrotem na poduszkę, wzdychając ciężko. Ogarnęła ją bezsilność, brak bezpieczeństwa dopełniła rezygnacja. Nagle zamarła, usłyszała kroki tuż za niewielkimi drewnianymi drzwiami. Otworzyły się, a do pomieszczenia weszło z tuzin ludzi, ubranych w ciemne szkarłatne szaty. Ich wzrok skupił się na chudej, bladej dziewczynie spoczywającej na łożu. Umilkli, przyglądając się jej ze spokojem. Do pokoju weszła jeszcze jedna postać. Niski przysadzisty mężczyzna o owalnej twarzy i wąsko osadzonych miodowych oczach, podszedł najbliżej młodej kobiety i usiadł na obitym burgundowym materiałem krześle.
- Kim jesteś? – Powiedział spokojnym basem, pełnym dziwnej melancholii. Zmarszczki na Jego twarzy nieznacznie się wyostrzyły, pokazując nagle przypływający cień szaleństwa. Dziewczyna milczała, a zgromadzeni zaczęli się niecierpliwić. – Powiesz nam kim jesteś? – Powtórzył pytanie, a jego spojrzycie coraz dokładniej ją badało.
- Mówiłam, że nic nie powie. Dobrze ją wyszkolili. – Z tłumu wyszła wysoka kobieta o napuszonych rudych włosach, które połyskiwały w świetle jaśniejszymi pasmami. Na trójkątnej twarzy malował się wyraz buntu oraz coraz mocniejsza złość.
- Spokojnie Veroniqe. Nasz gość jest wystraszony, dajmy jej trochę czasu. – Uciszył kobietę jednym ruchem ręki, zmuszając do cofnięcia się w głąb pokoju.
- Mam na imię Linette. – Cichy, miękki i lekki głos zaskoczył zgromadzonych. Odwrócili głowy w stronę jego źródła. Dziewczyna usiadła, chwiejąc się oparła rękę o jedną z kolumn baldachimu. Przymknęła oczy, gdy poczuła ogromny ból w prawej nodze. Odetchnęła i zacisnęła zęby próbując wydobyć z siebie jeszcze jedno słowo. – Mieszkam z rodzicami i rodzeństwem… - Jej głos się załamał, gdy przypomniała sobie, że dom w którym spędziła dzieciństwo spłonął. Wspomnienia powróciły, ze zdwojoną siłą.
Ciemna noc, czerwone zasłony, plamy krwi, martwe ciała bliskich. Weszła do jasnego pokoju, w środku było pusto. Nic nie rozumiała. Ostatnie co zobaczyła to zmasakrowane ciała rodziców. Upadła na kolana, ktoś coś mówił… Nie mogła płakać … Oparła się o podłogę… Zamknęła oczy. Potem uciekła, odprowadzona krzykami złości. Wbiegła do lasu i biegła, aż padła ze zmęczenia.
Jedna łza potoczyła się po policzku dziewczyny, rozbijając się o pełne, wygięte od bólu usta. Zasłoniła twarz dłońmi, aby ukryć swoją bezradność. Nagły szum poruszających się postaci, przypomniał jej o obecności pozostałych. Spojrzała przed siebie na oczekujących dalszej przemowy zgromadzonych.
- Cisza! – Starzec siedzący na krześle, przestał przypominać dobrotliwego człowieka. Moc szaleństwa w jego wzroku nagle wzrosła ze zdwojoną siłą. – Dlaczego Czarny Pan Cię szuka? – Zadał to pytanie, wstając i podchodząc coraz bliżej łóżka.
- Kim jest Czarny Pan? – Dziewczyna zdawała się nie mieć pojęcia o kim mowa. Wpatrywała się z zainteresowanie w stojącego przed nią mężczyznę.
- Nie znasz Czarnego Pana? Nie wiesz kim jest Voldemort? – Na jego twarzy pojawił się wyraz niedowierzania. Chwycił dziewczynę mocno za ramię, a ta zapiszczała cicho. – Nie kłam! – Warknął, ściskając ją coraz mocniej.
- Nie kłamię, Nie wiem kim jest Czarny Pan. Nigdy o nim nie słyszałam. To On zabił moją rodzinę! – Krzyknęła przez łzy, a starzec wrócił na swoje miejsce. Zapadło milczenie, tylko pioruny co kilka minut oświetlały pokój, odbijając się w twarzach stojących tam osób.
- Ile masz lat? – Mężczyzna o złotych lokach i wręcz przenikającym, atramentowym spojrzeniu, wystąpił z szeregu, uśmiechając się tajemniczo. W bladej, pokrytej bliznami ręce trzymał starą, podartą księgę, zdobioną ciemną, karmazynową nitką, układającą się w słowa: „anima vilis”*.
- Szesnaście. – Zdziwiło ją pytanie, więc czekała na skutki swojej odpowiedzi. Ale mężczyzna uśmiechnął się jeszcze szerzej.
- Dlaczego nie jesteś w Hogwarcie? – Kontynuował, bacznie się jej przyglądając. Ścisnął ręce tak, że przybrały odcień jasnego różu.
- Nie rozumiem, co to jest Hogwart? Dlaczego zadajecie tyle pytań? Czego ode mnie chcecie? – Wyszła z łóżka, stając jak najdalej zgromadzonych. Przesuwała się wolno w kierunku okna, nie spuszczając wzroku z tłumu, który także utkwił w niej spojrzenie. Nie mogła wytrzymać narastającej złości i niechęci do tych ludzi. Oparła się o ścianę, dotykając ramieniem bordowych zasłon. Wyjrzała przez okno, a nogi ugięły jej się z przerażenia. W zasięgu wzroku widziała tylko wielkie, strome, pionowe ściany brzegu morskiego, o które z siłą rozbijały się fale. Zbliżał się sztorm, deszcz silnym strumieniem opadał z chmur, lądując w rozszalałej wodzie. Gdzieś w oddali dostrzegła niewyraźny kształt, przez chwilę wydawało jej się, że to statek, ale on znikł. Potężny zamek, usytuowany był na największym klifie, porośniętym zgnito zielonym mchem. Twierdza wydawała się nie mieć końca, ciągnąc się gdzieś w dal. A ona samotnie stała pośrodku tego wszystkiego i ze strachem spoglądała w dół.
- Jestem pewny, że kłamie. Czarownica, która nie wie co to jest Hogwart? – Odwrócił się do starca, a złote loki opadły mu na twarz.
- Może ona naprawdę nie ma o niczym pojęcia Eamonie. – Kolejna postać pojawiła się przed oczami dziewczyny. Chłopak był znacznie młodszy od swojego towarzystwa. Kasztanowe włosy, układały się zawadiacko na jego wysokim czole, a miodowe oczy błyszczały radośnie.
- Dla Ciebie Araelu wszyscy są dobrzy, gdy na takich wyglądają. – Gniew w głosie blondyna, przesycony był jadem. – Panie myślę, że tortury rozwiążą jej język. – Utkwił pełny nadziei wzrok w starcu. Dziewczyna odwróciła się od okna ze strachem.
- Ojcze pozwól mi z nią porozmawiać. – Młody mężczyzna starał się uratować sytuację. Jego błagalny głos przekonał trochę znudzonego starca.
- Dobrze synu. Mamy w tym momencie ważniejsze zmartwienia, niż ta mała. Zbliżają się obchody święta Kappa, należy wszystko przygotować na przybycie gości. – Powiedział i wyszedł, a za nim niechętnie podążyli pozostali. Tylko jedna osoba pozostała, przyglądając się chłopakowi z dezaprobatą.
- Obyś się nie mylił co do niej. Pamiętaj, że Cię ostrzegałem. – Mruknął i wyszedł, trzaskając drzwiami. Chłopak spojrzał na przyglądającą mu się dziewczynę. Stała przed oknem ze strachem w oczach, jedną ręką trzymając się zaciekle parapetu.
- Znam Cię. – Szepnęła, rozglądając się wokół. – Byłeś wtedy w lesie, pamiętam Twoją twarz.
- Tak, to ja Cię tu przyniosłem. Myślałem że się spóźniłem, ledwo żyłaś. – Usiadł na łóżku, które cicho skrzypnęło pod jego ciężarem.
- Dlaczego? – Jej głos pełen był melancholii zmieszanej z lekki zaciekawieniem. Pusty wzrok znów utkwiła w morzu, wpatrując się w jego otchłań.
- Co dlaczego? – Zapytał ze zdziwieniem.
- Dlaczego mnie uratowałeś? – Chciała odpowiedzi, ale on nie wiedział co powiedzieć. Wtedy czuł, że musi ją uratować, sprawić aby przeżyła. Była taka delikatna, a moc która zaskoczyła wszystkich wprost z niej emanowała.
- Chcieli żebym Cię zabrał. – Skłamał, bijąc się za to po głowie w myślach. Jednak wiedział, że to jeszcze nie czas na tego rodzaju wyznania. – Więc nie wiesz dlaczego Voldemort Cię szuka?
- Naprawdę nie wiem, ale myślę że to ma związek z tym co zrobiłam na polanie. Nigdy coś takiego mi się nie przydarzyło, nagle poczułam wielką złość, gniew i poczułam dziwne ciepło. A On powiedział, że jestem mu potrzebna. – Usiadła obok chłopaka i podkuliła nogi. Silny podmuch wiatru uderzył w szyby, które załomotały złowrogo.
- Myślałem, że jesteś czarownicą, ale nigdzie nie znalazłem różdżki. – Zasmucił się, chwytając ręką brzeg łóżka i ściskając z całych sił.
- Ja? Czarownicą? Nie wierzę w takie bajki. – Pomimo ponurego nastroju zaśmiała się, ukazując rząd białych zębów.
- To nie są bajki. O ile się nie mylę, jesteś bardziej czarownicą niż ja Vią. – Powiedział jakby do siebie, chwytając się za włosy i odsłaniając czoło.
- Vią.. – Szepnęła, a wyraz jej oczu nagle się zmienił.
- To słowo nie jest Ci obce, prawda? – Nikła nadzieja wymalowała się na jego twarzy. Dziewczyna z niedowierzaniem wpatrywała się w jego postać.
- Kiedyś w domu znalazłam pewną księgę, starą i połataną, tak że trudno było coś z niej wyczytać. Przeczytałam niewiele, bo pojawił się mój Ojciec, ale pamiętam że były tam opisane istoty zwane Viami. – Nagle jej oczy rozszerzyły się i szybko zerwała się w stronę drzwi, ale chłopak był tam pierwszy. Złapał ją za ramiona i zakrył jej usta, żeby nie krzyczała.
- Uspokój się, nic Ci nie zrobię. My jesteśmy inni…
***
Noc była wyjątkowo ciepła, jak na tę porę roku. Blade światło księżyca oplatało rozległe błonia Hogwartu, znikając pomiędzy drzewami Zakazanego Lasu. Ciemna tafla jeziora marszczyła się pod wpływem lekkich podmuchów wiatru. Wierzby stojące nad brzegiem wyglądały nadzwyczaj ponuro, pozbawione liści, wyglądały jak drżące z zimna panny. Z małej, trochę zaniedbanej chatki Hagrida wydobywał się snop światła, rysujący na murawie wielką złotą plamę. Wrota szkoły otworzyły się i wyszedł przez nie wysoki, szczupły chłopak. Czarna peleryna powiewała swobodnie, nad jego kolanami. Mknął jak zjawa, poprzez okazałe tereny, znikając we wnętrzu lasu. Gdzieniegdzie jasne światło przebijało się przez obszernie usytuowane gałęzie, opadając na wąską ścieżkę pokrytą drobnymi igłami, wijącą się w głąb puszczy. Nagle przystał wpatrując się w ogromną ciemną postać, wynurzającą się z gęstwiny drzew. Jasne, żółte ślepia wpatrzone były w niego z uwagą. Cofnął się krok, dotykając ręką wilgotnej kory starego cedru. Oparł się wygodnie, a na jego twarzy pojawił się zwykły drwiący uśmiech.
- Ładny z Ciebie chłoptaś Malfoy. – Donośny bas odbił się echem pośród drzew. Postać podeszła bliżej ukazując proste, złote włosy, związane w długi koński ogon. Oliwkowa cera naznaczona była licznymi bliznami. Niewielka szrama przechodziła przez cały policzek mężczyzny, docierając do wąskich, spierzchniętych ust.
- Zamknij się. Widzisz Lorkanie, ja w przeciwieństwie do Ciebie nie zdradzam swoich. Ciekawe co zrobią Vie, gdy się dowiedzą kim naprawdę jesteś. – Wyszczerzył zęby w szyderczym uśmiechu. Stojąca obok postać warknęła cicho, ukazując ostre jak brzytwy kły. Przez chwilę mierzyli się nienawistnym spojrzeniem.
- Nie przyszedłem tu aby się z tobą sprzeczać. – Uspokoił się, próbując opanować narastającą w nim złość. – Czarny Pan rozkazał abym to tobie przekazywał wieści o dziewczynie. – Na twarzy Malfoy’a pojawił się wyraz znudzenia. Zerwał z drzewa suchą gałązkę i bawił się nią ignorując towarzysza.
- Mów co masz do powiedzenia, nie mam całej nocy. – Zniecierpliwił się, a w jego oczach pojawiły się iskierki złości. Kopnął jakiś kamień, który z hukiem potoczył się po ścieżce.
- Dziewczynę zabrały Vie z Hornamu i trzymają ją w swoim zamku. Była na skraju śmierci, ale ją uratowali. – Wyrecytował szybko, jakby bał się że ktoś go usłyszy. Poruszał się przy tym niespokojnie, przeskakując z nogi na nogę.
- To wszystko? – Zdumiał się i pokręcił głowa z pobłażliwym uśmiechem. Ledwo powstrzymał się, żeby nie parsknąć śmiechem. Po chwili jego twarz zmieniła się nie do poznania, marszcząc się, zacisnął zęby. – Widzę, że nie zrozumiałeś co to znaczy zdobyć informacje. Czarny Pan będzie niezadowolony.
- Zrobiłem wszystko co w mojej mocy. – Zadrżał ze strachu, uginając kolana. Wyglądał jak przestraszone dziecko, płaszcząc się i niemym wzrokiem błagając o litość. Malfoy ruszył ścieżką w drogę powrotną, wolno przesuwając się pomiędzy wystającymi korzeniami. – Błagam, bardziej się postaram. – Ale arystokrata tylko się roześmiał , przeklinając go w duchu.
- Co ta marna kreatura sobie wyobrażała, że będę marnować swój cenny czas dla kilku bezwartościowych informacji. Nawet On nie potrafił mi powiedzieć kim ona jest i po co jej szukamy. Teraz sam będę musiał się tym zająć, a to nie będzie łatwe. – Mruczał do siebie, podążając wzdłuż korytarzy Hogwartu. Zszedł do lochów, oświetlonych jedynie blaskiem pochodni, aby dostać się do pokoju wspólnego Ślizgonów. Był to długi, nisko sklepiony loch o kamiennych ścianach. Z sufitu zwieszały się na łańcuchach zielonkawe lampy*. Wewnątrz bogato zdobionego kominka płonął ogień, a na jednym z rzeźbionych krzeseł blondyn dostrzegł swojego przyjaciela wertującego Proroka Codziennego.
- Czytaj.. – Brunet bez słowa wyjaśnienia podał mu gazetę. Na okładce widniało ogromne zdjęcie wielkiego, spalonego domu, wokół którego zgromadzili się ludzie z Ministerstwa. Budowlę z jednej strony otaczał gęsty las, zaś z drugiej rozległe pola. Prowadziła do niego tylko jedna wąska, asfaltowa droga, biegnąca pomiędzy łanami zbóż. Na fotografii czarodzieje wyciągali spod gruzów spalone ciała, kilku ofiar.
POŻAR DOMU BYŁEGO AURORA!
W nocy z poniedziałku na wtorek
miał miejsce pożar w wiosce Sachem,
leżącej na zachód od Londynu.
Był to dom byłego aurora Mariusa Yaxley’a,
który zamieszkiwał go wraz z żoną i trójką dzieci. Niestety wszyscy zginęli,a ich ciała zostały znalezione w zgliszczach budowli.
sądzi się, że za całą tragedią stoi
Ten-Którego-Imienia-Nie-Można-Wymawiać,
co najbardziej pasuje do zaistniałej sytuacji. Jednakże nad domem nie widniał mroczny
znak, co może wskazywać na zwykły pożar, wywołany przez mugoli. Jest to bardzo możliwe, gdyż od ślubu wiódł on życie jako zwykły
nie magiczny człowiek. Jego dzieci nie uczęszczały do Hogwartu,co wzbudziło ogólną wrzawę w społeczności czarodziejów…
- Napisali że wszyscy zginęli. – Draco uśmiechnął się kpiąco, spoglądając na bruneta. Rzucił gazetę na stół i rozsiadł się na krześle.
- Pewnie pomyśleli, że spaliła się doszczętnie. – Przeciągnął się ociężale, podnosząc ręce do góry. – Co Ci powiedział ten Via? – Zniżył głos do szeptu i z oczekiwaniem wpatrywał się w przyjaciela. Malfoy sprawdził czy nikt nie podsłuchuje i szybko streścił mu rozmowę. – Czyli dalej nic nie wiemy. Ojciec też nie chce mi nic powiedzieć.
- Zresztą gówno mnie to obchodzi. Idę spać.- Wstał i szybkim krokiem ruszył w stronę swojego dormitorium. Uśmiechnął się kpiąco, gdy w oddali usłyszał Diabła, czarującym głosem prawiącego komplementy jakiejś Ślizgonce. W drodze zrzucił z siebie pelerynę, pozostając w czarnym swetrze, zgrabnie oplatającym jego umięśnioną sylwetkę. Gdy wszedł do pokoju, od razu wyczuł czyjąś obecność. Rozłożył się wygodnie w fotelu, patrząc w głąb sypialni, skąd powoli wyłoniła się postać półnagiej dziewczyny.
- Nie możesz mnie tak zaniedbywać. – Z udawaną obrazą odrzuciła do tyłu kasztanowe włosy, zwinnie usiadła mu na kolanach, opierając dłonie na torsie młodego mężczyzny.
- Nigdy o Tobie nie zapominam Alice. – Mruknął jej do ucha, wdychając zapach kobiecego ciała. Dziewczyna zdjęła mu sweter i podkoszulkę, przejechała palcem po jego nagiej skórze. Złożyła kilka pocałunków na smukłej szyi, zamykając oczy gdy chłopak namiętnie wbił się w jej usta. Wplotła delikatną dłoń w platynowe włosy, oddając się przyjemności. A on zwinnie wstał, kładąc ją na łóżko.
* anima vilis - podła dusza.
* Opis pokoju wspólnego Ślizgonów został zaczerpnięty z książki „Harry Potter i komnata Tajemnic”.
Nastrój:
tagi: